przycisk biografiaprzycisk odautoraprzycisk wystawyprzycisk artysciprzycisk linkiprzycisk kontakt

Sierpień 1999

To jest wspaniałe uczucie, ten deszcz przed którym nie ma ucieczki, ten wiatr wiejący prosto w nasze twarze, ten przenikliwy chłód, a wszystko to zanurzone w ciemnościach nocy. No i oczywiście przestrzeń, której się nie widzi, ale mimo to odczuwamy jej obecność, jej głuchą ciszę pobudzoną uderzanymi kroplami deszczu.
Jest jeszcze coś, co nadaje temu wszystkiemu sens. Prędkość.

W tym momencie myślę, że jesteśmy szaleni, że zdecydowaliśmy się na coś takiego. Ktoś kto by stał obok, może by się dziwnie popatrzył, popukał w czoło, lub oddał by wiele by być tu razem z nami.

Znajdowaliśmy się ponad sto kilometrów od naszych domów, dochodziła godzina druga w nocy, a my na swoich rowerach przebijamy się przez coraz to nową ścianę deszczu wiatru i chłodu i to w zupełnie obcym kraju. Tak nawiasem mówiąc to chyba nigdy nie zapomnę zdziwionych twarzy celników, gdy godzinę temu przekraczaliśmy granice.

I pewnie wielu zada to odwieczne pytanie: po co? Po co tak się męczyć? Co jest w tym takiego przyjemnego? Czy nie mogliście pojechać w środku dnia, gdy jest ładna pogoda, świeci słońce, czy to nie byłoby przyjemniejsze? Lecz tak na prawdę każdy z nas wie, że nie o to tak faktycznie chodzi. Może niektórym ludziom wydaję się, że my tak lubimy, że pociągają nas warunki ekstremalne, że im trudniej dla nas tym lepiej. Ja w sumie też uważam, że to nie jest złe, taka postawa, chęć walki ze swoimi słabościami, to bardzo kształtuje charakter, siłę woli. Ale w głębi serca wiemy, że chodzi tu zupełnie o coś innego i trudno mi jest to nazwać po imieniu.

Już dawno odkryłem, że suma przyjaźni jest wprost proporcjonalna do wspólnie przeżytych zdarzeń, ktoś nie może stać się twoim przyjacielem, z dnia na dzień, czy z miesiąca na miesiąc, to trwa latami, a i nawet jak kogoś znasz i dziesięć lat, a wspólnie nie zakosztowaliście smaku przygody, to marny jest to przyjaciel.

Ludzi którzy jadą obok mnie znam już po kilkanaście lat i wspólnie jedliśmy piasek z niejednej piaskownicy. Każdemu z was życzę takich przyjaciół. Teraz wiem, że ta wyprawa potrzebna jest nam po to, byśmy mogli powrócić do korzeni, by znów stać się tymi których naprawdę w głębi duszy nosimy. Każdy z nas zachował w siebie coś z dziecka, z tego małego chłopaka w krótkich spodenkach, który latał po ulicy z drewnianym karabinem, czy też uganiał się z piłką pod balkonami sąsiadów. Tam sto kilometrów za plecami zostawiliśmy naszą pracę, szkoły i wszystkie problemy, im dalej jedziemy przed siebie tym bardziej czujemy się wolni i znów możemy sobie przypomnieć, jakie to kiedyś wszystko było proste. Wprawdzie wszyscy mamy po dwadzieścia parę lat, ale to teraz zupełnie się nie liczy, bo znów jesteśmy tacy jacy się znamy od dziecka i tylko my się tak znamy, bo nikt inny z nami nie przeżył tylu wspaniałych chwil. Tak na dobra sprawę to co się teraz dzieje, to jest jedna z tych chwil do której gdzieś tam kiedyś w gorąca czerwcową noc przy ognisku popijając zimne piwko będziemy powracać tysiąc razy, aż ta historia zmieni się w kolejną godna pióra legendę.

Szczerze mówiąc to marny mój trud, bo nie ma takich słów którymi by można było w całości oddać to uczucie, które jest w tej chwili w nas. Tu po środku nocy w obcym kraju mogę faktycznie zakosztować prawdziwej wolności, której wielu ludzi nie zasmakowało nigdy w życiu.

To jest właśnie to uczucie gdy słyszę szum mokrych opon i rozbryzgujących się na moim kasku kropel deszczu. Moja przednia lampa przestała działać już dawno, tak jak i mokre hamulce, lecz to jest zupełnie bez znaczenia. Znaczenie ma ten deszcz, który spływa po mej twarzy… z pod oczu, niczym łzy, a potem miesza się ze słonym potem i kurzem, który wcześniej osiadł na mnie i ścieka strumieniem do mych ust, gdzie rozpływa się miedzy wargami, a potem delikatnie dotyka czubka języka i to jest właśnie smak przygody.

Jadę z górki. Pęd zimnego powietrza przebija każdy centymetr mojego ciała niczym stos mokrych igieł. Skostniałymi palcami przerzucam dźwignie manetki, by zmienić bieg na szybszy, po chwili łańcuch zgrzytając leniwie przeskakuje na mniejszą tarcze tylniego trybu.. Przez moment odczuwam w nogach większy opór, lecz jest to chwilowe uczucie , już dawno straciłem świadomość tego, że one pracują, stały się niczym dwa chodzące tłoki. Góra, dół, góra, dół… i tak bez końca.

Jadę coraz szybciej. Delikatnie unoszę wzrok. Przede mną świeca trzy czerwone lampy. Powoli, prawie niewidocznie zmieniają pozycje względem siebie. Wygląda to jak taniec czerwonych świetlików. Z wolna puszczam kierownice, prostuję się. Ociężały kręgosłup stawia opór. Jadę bez trzymania kierownicy, rower posłusznie wykonuje każde moje polecenie, wystarczy że tylko o tym pomyśle. Tworzymy razem jedno, jeden zwarty organizm.

Na około mnie panuje idealna ciemność, nawet w lusterkach nic nie dostrzegam, tylko przed sobą te trzy skapane w deszczu czerwone światła.

Rozkładam ręce. Przebijając się przez zimne deszczowe powietrze zaczynam rozumieć co to znaczy być ptakiem i móc latać. Szybuje nad drogą.

Przestałem kręcić pedałami, trwam w bezruchu, jestem tylko ja i szybkość… i ta nieograniczona przestrzeń wokół mnie. Czuje jak cała euforia życia wypełnia mnie od środka i chce eksplodować.
To jest coś niesamowitego!
Chcę krzyczeć !!!
Zaczynam wrzeszczeć z radości
- Aaaaaaaa !!!
Mucha i Bombiarz odwracają głowy w moją stronę. Bombiarz prostuje się na siodełku, rozkłada ręce i krzyczy.
-I’m freeee !!!

Bombiarzowi, Einsteinowi, Erniemu i Muszce