przycisk biografiaprzycisk odautoraprzycisk wystawyprzycisk artysciprzycisk linkiprzycisk kontakt

2140060101

Wiszę nad białą kartką papieru, wpatrzony w odległe mroczne horyzonty mojej wyobraźni. Szukam światełek, które mogły by rozjaśnić tą tajemniczą krainę, którą zwiedzam od lat. Już mnie nie bawią monolityczne głazy zawieszone wysoko nad ziemią, popychane siłą wiatru, jak by były wykonane z puchu, wzgórza powstałe z różnobarwnych obłoków, czy też wszechobecne oczy patrzące w nicość. Nawet te różowe i niebieskie zwierzątka podobne do kangurków, coraz rzadziej odwiedzają ten zakamarek mojej świadomości.

Siedzę na zimnym kamieniu i rysuję palcem po piasku. Rysunki niektóre nawet jeszcze niedokończone, zrywają się w powietrze, uwalniając od mojego cienia i unoszą się wysoko na niebie jak latawce z poskręcanego drutu. Przypuszczam, że tak latają przez dwa, trzy dni, a potem rozsypują się w pył i opadają na Matkę Ziemię, którą opuściły, zachłysnąwszy się pięknem swego istnienia. Ponoć sztuka dodaje skrzydeł, jeśli tak, to dlaczego ja nie umiem latać. Nawet ciężkie głazy mogą wykonywać swój majestatyczny balet w przestrzeni. Czy też ten kamień na którym siedzę, przecież on unosi się jakieś dziesięć centymetrów nad ziemią, a ja? ...wystarczy, że się przesunę, a zaraz spadnę w dół. Może żeby ludzie zaczęli latać powinni sami stać się dziełami sztuki, a przecież jesteśmy tak mało idealni, tak daleko nam do świętości.

Wczoraj spadłem w dół. To stało się nagle, chwila nieuwagi, zbyt śliski kamień, a potem już była ciemność i świst powietrza. Najpierw wpadłem w panikę, lecz zaraz potem doszedłem do siebie.
Spadałem.

Mijały sekundy, minuty... Po pewnym czasie ujrzałem jakąś postać, a w miarę jak się do niej zbliżałem dostrzegłem, że to jest młoda dziewczyna. Też spadała w dół. Powiedziała mi, że przyglądała się błękitnym motylą, które ja często odwiedzały. One tańczyły w blasku słońca nad czerwonymi orchideami, ona stała na balkonie na siódmym piętrze jednego z szarych bloków dzielnicy przemysłowej. Na moment poczuła się jednym z nich i zapragnęła musnąć swymi skrzydełkami delikatny płatek kwiatu... trwało to tylko ułamek sekundy, a potem ujrzała tą samą ciemność no i ten świst przelatującego powietrza. Mówiła mi, że tak już spada parę dni, nawet sama nie wie ile, może pięć, sześć... i powiedziała mi jeszcze, że bardzo się boi.

Chciałem złapać ją za rękę, ale była lżejsza ode mnie i spadała wolniej. Jeszcze chciała coś powiedzieć, lecz pęd powietrza zatkał jej usta. Pamiętam tylko tańczące włosy na jej twarzy, a potem znikła w ciemnościach i znów byłem sam. No cóż.... mogę tyko stwierdzić, że we dwoje spada się znacznie raźniej.

Znów ciemno. Jedyne co czuje to ciepło spływające po mojej głowie. Przez chwile zastanawiam się, skąd ono się bierze, czyżby ze Słońca? Może tam jest to światełko, którego szukam, które oświetli moją krainę. Powoli podnoszę ociężałą głowę, lecz nagły blask oślepia mnie. Szybko zamykam oczy.
Czekam.

Postanowiłem, nie patrzeć na to światło, wystarczy mi, ze rozkoszuje się ciepłem które ono mi daje. Tkwię w bezruchu, żadne myśli nie zniewalają mojego umysłu. Czas leniwie przechadza się obok mnie. Zatrzymuje się na chwile i klepie mnie po ramieniu, a potem odzywa się głosem mojej matki... „Jarek! Herbata ci stygnie.” Podnoszę otępiały wzrok i spoglądam leniwie na trzy żarówki mojej lampki, a potem na blat biurka na którym leży zapisana kartka białego papieru. Wstaję. Przecież musze posłodzić herbatę.